Szczęść Boże!

Mam na imię Tomasz, 48 lat, mieszkam w Lipianach w woj. zachodniopomorskim. Dokładnie rok temu odbyłem rekolekcje ignacjańskie pierwszego tygodnia, które kończyły się generalną spowiedzią. Od samego początku czułem Boże prowadzenie, a czas wypełniony był bliskim obcowaniem z Bogiem i Maryją. To były jedne z najpiękniejszy dni, jakie w życiu przeżyłem. Pod opieką o. Andrzeja Hajduka Bóg przeprowadził mnie przez zawiłości mojej przeszłości i ciemności serca. Wiele zrozumiałem o sobie, o moim życiu, o postawach i o mojej odpowiedzi na Bożą miłość. Spowiedź króciutka ze łzami i chusteczką w ręku, ale szczera i z olbrzymią skruchą. Powrót do domu i żal rozstania z tym wyjątkowym miejscem i ludźmi.
Po tygodniu pracy i codziennych obowiązkach, gdy pierwsze emocje i uniesienia opadły, zauważyłem coś dziwnego. Moje życie się zmieniło. Do tej pory byłem umęczony życiem, brakowało sił, a raczej chyba już ich wcale nie było, bo często już w godzinach przedpołudniowych dostawałem suchych oczu. Sen próbował mnie powalić. Ilość spraw, obowiązków, telefonów przygniatała mnie. A oprócz tego od ponad dwudziestu lat żyłem z ogromnym bólem kręgosłupa w okolicy lędźwiowej i na wysokości łopatek. Tłumaczyłem sobie zniszczenie kręgosłupa katorżniczą pracą na zachodzie, by wybudować dom. Wysuwający się dysk często wyłączał mnie z życia na wiele tygodni. Permanentnie napięte mięśnie wokół kręgosłupa, które próbowały ustawić kręgi na swoje miejsce zużywały całą energię życia i siły. Wystarczyło się schylić i skręcić jednocześnie, dźwignąć coś na zgiętym kręgosłupie, a ból przeszywał od stóp do głowy, był nie do zniesienia. Zastrzyki, masaże, maści i tabletki. Kłujący ból między łopatkami powalał mnie na kolana i chodnik nawet w garniturze, co wprowadzało w zdziwienie inne przypadkowe osoby. Pogodziłem się z takim stanem zdrowia i nauczyłem się z tym żyć. Uważałem to za stan nie do odwrócenia. Jednak już po powrocie, po tygodniu czasu, zauważyłem, że nie czuję kręgosłupa, tzn. bólu i zmęczenia. Pierwsza myśl i refleksja wprawiły mnie w zdumienie. Nie było to moją intencją i nie prosiłem Boga o uzdrowienie. Od tej chwili zacząłem obserwować mój stan z większą uwagą. Mijały kolejne miesiące, a ból i wszystkie wcześniejsze dolegliwości zniknęły. Radość mnie ogarniała coraz większa i ogromna wdzięczność. Powróciły siły, radość, chęci, sprawność fizyczna i psychiczna. Wracam do domu po pracy, a zajmuję się montażem okien, które ważą po kilkadziesiąt kilogramów, a nawet i setki, biorę prysznic, obiad, krótki reset 15 minut, wstaję rześki i gotowy do życia i działania. Mija właśnie rok czasu, a mój kręgosłup nie dał o sobie znać ani razu !!!!!!!!!!!! W ogóle go nie czuję, jakby go nie było. W pracy, gdy koledzy muszą podnieść jakiś przedmiot we dwójkę, ja bez większych problemów dźwigam go sam. Ale to nie wszystko, Bóg uzdrowił również moje stawy. Wszystkie „strzelały” w czasie poruszania się. Teraz jest cisza, a ruch jest bardziej łagodny i płynny. Po wielokrotnym zwichnięciu prawej kostki, moja stopa nie prostowała się do końca tak, jak lewa, a teraz już owszem.
Moje życie się zmieniło, oprócz tych licznych uzdrowień fizycznych, jest wiele spokoju i ufności w Bożą Opatrzność. Więcej zrozumienia, ogłady i głębszego wewnętrznego życia. Miłości i wdzięczności Bogu za oceany łask.
Przesyłam serdeczne pozdrowienia i błogosławię Wam.
Wdzięczny Bogu i Wam, Tomasz Cichocki.