Dariusz Piórkowski SJ

Nie dziwię się apostołom, że pouciekali z Ogrójca i zostawili Jezusa samego. Gdybym tam był, też bym uciekł. Nie dziwię się apostołom, że nie stali pod krzyżem Mistrza. Oni wiedzieli, co to krzyż, zanim Jezus został do niego przybity. Też bym się bał tam stanąć. Bo nie zniósłbym tego widoku.

Wszyscy uczniowie zostali zmiażdżeni. Zgorszyli się, czyli potknęli się o Jezusa i upadli. Bo jak to możliwe, że ten, który czynił cuda, teraz ni z tego, ni z owego stracił swą moc?

Bo jak zachować ufność w dobroć Boga, kiedy patrzy się na konającego skazańca, który jest bliską osobą? Jezus tę ucieczkę i zdradę uczniów przewidział, ale nigdy im nie wyrzucał, że zwątpili i Go zostawili. Nigdy.

Czy nie ogarnia nas nieraz zwątpienie, kiedy doświadczamy własnej biedy, bezsilności, niemożności zmiany?  Czy nie pytamy, gdzie jest Bóg, kiedy spada na nas nieszczęście, śmierć kogoś bliskiego, gdy widzimy, że w świecie ciągle wojny, choroby i inne cierpienie? Jak nie poddać się i nie zniechęcić wobec własnej słabości, powtarzających się wciąż grzechów i upadków?

Krzyż przeraża. Rani. Jest ostry jak brzytwa. A my skutecznie stępiliśmy jego ostrość, oswoiliśmy go, złagodziliśmy jego odstraszający wygląd, ustawiliśmy wokół niego kwiatki, lampki i płótna. Szmatką otarliśmy go z krwi i potu, potem wypolerowaliśmy papierem ściernym, pomalowaliśmy błyszczącym lakierem. Nadto okryliśmy nagość Jezusa, żeby nas nie raziła. Teraz z dumą zawieszamy go na ścianach, jakby to była pamiątka odległych wydarzeń. Doszliśmy do tego, że patrzymy na krzyż Chrystusa bez lęku. Nawet wydaje nam się to normalne.

A przecież krzyż to narzędzie potwornej śmierci. On tak został wymyślony, aby skazaniec umierał powoli, kilka dni, w dodatku w męczarniach. Człowiek potrafi mieć bogatą wyobraźnię okrucieństwa. I co ważniejsze, to była kara, która miała odstraszać innych. Ścięcie mieczem w porównaniu z krzyżem to czysta przyjemność. Szybko, sprawnie i bez bólu. Na krzyżu człowiek dusił się powoli. Każdy oddech wiązał się z potwornym bólem stawów i mięśni. Skazaniec oddychał coraz wolniej. Dawano mu mirrę z winem nie po to, aby uśmierzyć ból, lecz żeby skazaniec nie stracił świadomości. Gdyby ją stracił, byłoby mu lżej. Pan Jezus do końca był świadomy bez skosztowania mirry, ale ostatecznie prawdopodobnie udusił się na krzyżu, bo nie miał już sił się podnosić, żeby nabrać powietrza. Wypowiedzenie przez Niego kilkunastu słów było nadludzkim wyczynem.

Mało tego, na krzyż przybijano nagiego człowieka. Przecież trzeba było go bardziej upokorzyć, ośmieszyć, odczłowieczyć. Pan Jezus wisiał na Golgocie nagi. Mistrz, nauczyciel, ten, który wskrzesił Łazarza, ten, który mówił, że jest Synem Ojca.

To właśnie z tych powodów uczniowie nie stali pod krzyżem i wielu z nich pouciekało po Jego śmierci do swoich domów. Nie mogli w swojej głowie powiązać widoku upokorzonego i nagiego Pana z Jego wcześniejszą chwałą, triumfem i boską mocą. Byli wobec tego bezradni. A czy my potrafimy? Czy nam jest łatwo to zrozumieć? Jak reagujemy, gdy nas wierzących spotyka coś złego? Czy nie obwiniamy za to Boga? Czy nie sądzimy, że jeśli wierzymy, to nie powinny nas spotykać nieszczęścia, to powinno nam się powodzić? Jeśli Bóg jest dobry, to przecież powinien nas chronić przed cierpieniem i złem? Trudno nam powiązać istnienie Boga z cierpieniem i złem.

Na krzyżu widać, jak poważne skutki ma grzech, skoro jego naprawienie wymaga takiej ofiary. Łatwo sobie lekceważymy grzech, usprawiedliwiamy się, że to nic takiego, że jakoś to będzie, że wszyscy tak robią. Bo nie jesteśmy świadomi, co to znaczy, odwrócić się od Boga. Nie tylko że Go obrażamy, ale niszczymy porządek, wywracamy cały świat do góry nogami, wprowadzamy chaos i ruinę. Oczywiście, nie widać tego od razu. Na tym polega kłamstwo i atrakcyjność grzechu. Skutki pojawiają się w swoim czasie. A my myślimy, że w sumie nic się wielkiego nie dzieje.

Pierwsi ludzie okazali nieposłuszeństwo Bogu, chociaż było im dobrze. Mieli wszystko, było przyjemnie, bez trudu. Ale chcieli więcej niż mieli. I nie posłuchali Boga, przekroczyli granice. Jezus okazał posłuszeństwo Ojcu pomimo tego, że nie było Mu przyjemnie, że bolało. I to nie przez intensywność cierpienia i okrucieństwa wybawił nas Chrystus, ale dlatego, że był wierny Ojcu i temu co mówił, pomimo cierpienia.

Na krzyżu widać też, jak wielka jest miłość Boga (człowieka!), który wytrzymuje takie cierpienie ze względu na nas. Jak wielką cenę ma człowiek, jak wielki jest w oczach Bożych, każdy z nas, także ten, który krzyżował, pluł i szydził, skoro za wszystkich umarł Chrystus?

Jest takie wydarzenie w Ewangelii, które w pewien sposób zapowiada krzyż i wyjaśnia jego znaczenie. Jezus wraz z uczniami przeprawia się przez Jezioro Galilejskie do kraju Gerazeńczyków, czyli pogan. Po drodze zaliczają burzę, uczniowie są pełni lęku i paniki. Po uciszeniu burzy docierają na ląd. Tam Jezus wyrzuca złego ducha, a dokładnie cały legion, z opętanego człowieka, który żył w grobach, krzyczał, ranił się, był uciążliwy dla swoich pobratymców. Ale nie wyrzuca złych duchów tak jak zwykle. Posyła demony w stado świń, które ruszyły w stronę jeziora i potopiły się. Dwa tysiące pięknych i dorodnych tuczników, przynajmniej zdatnych do spożycia. Całe utrzymanie tamtejszych mieszkańców. Jeden człowiek wolny „kosztował” dwa tysiące świń. Gdy mieszkańcy zobaczyli co się stało, zdrowie człowieka uznają za rzecz oczywistą, a najbardziej smucą się z powodu utraconych świń. Przeprowadzają szybką kalkulację zysków i strat (kto by jej nie zrobił?) Zdrowie ducha i ciała jednego człowieka, jakiegoś wariata, warte było takiego zachodu, takiej ceny, takiej straty? To jakiś absurd. Proszą więc Jezusa, żeby opuścił ich kraj, co też uczynił. W każdym razie Jezus pofatygował się tam dla jednego człowieka, a koszt jego uratowania był wielki.

Co jest najpewniejszym sprawdzianem mojej wiary w Ukrzyżowanego i jakości mego chrześcijaństwa? Odpowiedź na następujące pytania: Czy jestem w stanie uwierzyć, że Jezus poniósłby to samo cierpienie i śmierć dla mnie jednego, podobnie jak uczynił to dla opętanego człowieka z Gerazy? Czy uważam, że byłbym wart tego? Czy jestem aż tak ważny w oczach Bożych?

Czy Jezus umarł za mnie, czy tylko za ludzkość i świat? Bo jeśli tylko za ludzkość, to krzyż nadal będzie dla mnie tylko wypolerowanym przedmiotem.